49 posiedzenie Senatu, 17-18 lutego 2010

Przemówienie w debacie na temat informacji o udziale Rzeczpospolitej Polskiej w pracach Unii Europejskiej podczas prezydencji szwedzkiej (lipiec – grudzień 2009).

Panie Marszałku. Wysoki Senacie.

W informacji o udziale Rzeczpospolitej Polskiej w pracach Unii Europejskiej podczas prezydencji szwedzkiej (lipiec – grudzień 2009), wspomniano o wiekopomnym akcie wejścia w życie z dniem 1 grudnia 2009 roku traktatu lizbońskiego. Cóż, dla jednych jest to akt wiekopomny, dla mnie to kolejny krok w kierunku tworzenia jednolitego państwa europejskiego, a w następstwie osłabiania reguł demokracji nie tylko w Polsce, ale we wszystkich państwach Unii.

Tak, osłabiania demokracji, ponieważ jednym z najważniejszych argumentów za wejściem traktatu w życie – w opinii decydentów - była „potrzeba usprawniania funkcjonowania Unii i jej procesów decyzyjnych”. Wynika z tego wyraźnie, że traktat nie ma na celu wzmacniania państw członkowskich, lecz przeciwnie, dalszą centralizację władzy w organach Unii i ułatwienie jej wykonywania biurokratycznych procedur decyzyjnych.

Dowodem na to jest przeniesienie kolejnych istotnych kompetencji suwerennych państw na rzecz organów urzędniczych i politycznych UE. Mam na myśli fakt, że traktat pozbawił państwa członkowskie prawa weta w kolejnych 40 obszarach spraw, zamieniając obowiązującą wobec nich zasadę jednomyślności na decydowanie - co do zasady - większością głosów.

Przypomnę, że głosowanie jednomyślne (czyli możliwość weta) pozwalało państwom sprzeciwić się podejmowaniu w UE decyzji niekorzystnych dla ich interesów czy bezpieczeństwa. Obecnie poszczególne  państwa żeby się obronić, muszą szukać sojuszników. Przykład obecny z Grecji: wobec wysokiego deficytu budżetowego Grecja będzie musiała poddać się decyzjom Unii w sprawach środków, które nakaże podjąć dla ograniczenia deficytu budżetowego. O wszystkich środkach wyjścia z kryzysu finansowego Grecji zadecydują duże państwa oraz prezesi Europejskiego Banku Centralnego. Czy wyjdzie to Grekom na dobre? To się okaże. Wszystko może skończyć się tam, jak u nas ze stoczniami. Bo na przykładzie upadku polskiego przemysłu stoczniowego wiemy, czyim interesom będzie służył traktat.

Wspomniałem, że traktat osłabił demokrację państw członkowskich. Przykładem tego był wybór przewodniczącego Rady Europejskiej, Hermana Van Rompuya, zwanego „prezydentem Unii” oraz „wysokiego przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa”, Catherine Ashton, odpowiednika ministra spraw zagranicznych. To nie narody i parlamenty krajów UE ich wybrały, ale wyznaczyli ich szefowie kilku wielkich państw – dodam: bez udziału Polski. Krótko mówiąc, wyznaczenie osób na szefów UE wygodnych dla Niemiec, Francji i Anglii urąga jakiejkolwiek demokracji i nie rokuje niczego dobrego na przyszłość.

Obecnie niekorzystnym przykładem tego wyboru – tak sądzę – jest powściągliwość polskiego rządu wobec prześladowania polskiej mniejszości na Białorusi. Odnoszę wrażenie, że minister Radosław Sikorski czeka w tym przypadku na jakąkolwiek decyzję ministra spraw zagranicznych Unii Europejskiej. Czyli polski minister zwleka z wykonywaniem swoich konstytucyjnych obowiązków, bo jeszcze nie dotarły w tej sprawie wytyczne z Brukseli. Przypomina to niesławnej pamięci wskazówki z Moskwy w latach PRL-u.

W moim wystąpieniu pragnę jeszcze zwrócić uwagę na niejasne zapisy traktatu lizbońskiego dotyczące relacji Unii Europejskiej i Kościoła, co już skutkuje kuriozalnymi wyrokami sądów unijnych. Chodzi mi o zrównanie Kościoła katolickiego z „organizacjami światopoglądowymi”. Przypomnę, że art. 17, pkt. 2 traktatu stanowi, że „Unia szanuje na równi status organizacji światopoglądowych i niewyznaniowych przyznany im na mocy prawa krajowego”. Czyli w tym zapisie zrównano z Kościołami, czy jednostkami organizacyjnymi Kościoła, wszystkie inne organizacje światopoglądowe. Krótko mówiąc, istniejące np. w Holandii, Belgii i Niemczech organizacje światopoglądowe zwane „humanistycznymi”, o których wiadomo, że są to głównie organizacje masońskie, ateistyczne i antykościelne, będą nie tylko korzystać z wolności w życiu publicznym, ale starać się o subwencje czy dotacji z budżetu państwa na działalność, jaką prowadzą Kościoły w życiu społecznym czy kulturalnym.

Czy to nie jakiś absurd, że te świeckie organizacje, często antykościelne, powołując się na normę traktatową, mają w świetle prawa unijnego taką samą pozycję jak np. Kościół katolicki?

W innym punkcie art. 17 traktatu jest zapis, że Unia Europejska zobowiązuje się do dialogu z Kościołami. Cóż, „dialogowanie” do niczego nie zobowiązuje, nie daje żadnych gwarancji, że Unia Europejska zrezygnuje np. z polityki narzucania państwom członkowskim modelu skrajnej świeckości. Dowodem na to jest bodaj wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu z 3 listopada 2009 r. w sprawie krzyża we włoskich szkołach. Jakkolwiek orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu nie mają mocy powszechnie obowiązującej, gdyż dotyczą konkretnych spraw, niemniej istnieje taka polityka w UE, aby rozszerzać zasięg obowiązywania tych orzeczeń na wszystkie sprawy podobne czy takie same w całej UE.

Podobnie ma się rzecz z kolejnymi rezolucjami parlamentu europejskiego, aby we wszystkich państwach członkowskich uchwalić ustawę zrównującą w prawie związki homoseksualne z małżeństwami. Na placu boju, że tak powiem, klasycznego małżeństwa bronią jedynie Polska, Irlandia i Malta.

Tak wygląda ów dialog z Kościołem katolickim. Prawdą jest, że dialog ma sens tylko wtedy, kiedy prowadzi do współdziałania na rzecz dobra wspólnego. Takim dobrem wspólnym dla Kościoła jest np. związek małżeński, który tworzą kobieta i mężczyzna. Niestety, lobby homoseksualne w UE twierdzi inaczej. Skwituję to przysłowiem: dłużej klasztora, niż przeora.

Jak sądzę, to przysłowie odnieść należy do całej UE, która chcąc nie chcąc, będzie się zmieniać, a sam traktat lizboński za dwa, może trzy lata straci swoją moc i znaczenie. Dzisiaj nie wiemy, co się stanie, kiedy np. w Wielkiej Brytanii konserwatyści dojdą do władzy, nie jesteśmy też w stanie przewidzieć, jaki będzie układ sił politycznych w UE za jakiś czas, kiedy z rządów odejdzie pokolenie lewaków z 1968 roku.

Krótko mówiąc, prędzej czy później mniejsze państwa UE przekonają się, że traktat lizboński uszczupla ich suwerenność, a duże państwa rozwijają się własną prędkością, zapomniawszy o jakiejkolwiek solidarności.

Dziękuję za uwagę.

Senator Czesław Ryszka