
29 posiedzenie Senatu, 18-19 marca 2009
Informacja o pracach Unii Europejskiej w czasie prezydencji francuskiej.
Pani Marszałek! Wysoki Senacie! Panie Ministrze!
Zabieram głos na temat informacji o pracach Unii Europejskiej w czasie prezydencji francuskiej w aspekcie tak zwanej „mapy drogowej”, dotyczącej kontynuowania procesu ratyfikacji traktatu z Lizbony. Chodzi mi zwłaszcza o problem nacisków na Irlandię, aby przeprowadziła kolejne referendum, oraz nacisków na Polskę, aby prezydent Lech Kaczyński złożył podpis pod traktatem z Lizbony.
Przypomnę, że po 12 czerwca 2008 r., kiedy to Irlandczycy w referendum odrzucili traktat lizboński, wśród eurokratów zapanowała olbrzymia konsternacja. Do tego dnia wszyscy byli przekonani, że ratyfikacja przejdzie gładko, tymczasem irlandzkie „nie” pokrzyżowało dalsze plany budowy superpaństwa europejskiego. Problem eurokratów polegał jednak na tym, że nie można było tak wprost krytykować Irlandii, bo byłoby to kwestionowanie prawa narodu irlandzkiego do suwerennego podejmowania decyzji. Dlatego powstał pewien plan, za którym stała właśnie Francja. Chodziło o to, żeby traktat ratyfikowały wszystkie kolejne państwa, żeby nie zatrzymywać tego procesu. Tym sposobem chciano wywrzeć presję na Irlandię i doprowadzić do szybkiego powtórzenia referendum w tym kraju, jeszcze w 2008 r., tak aby traktat lizboński wszedł w życie 1 stycznia 2009 r.
Taką niedopuszczalną praktykę nacisku na Irlandię przyjął osobiście prezydent Nicolas Sarkozy, który odbył w tym celu podróż do Irlandii. Na szczęście, jak pamiętamy, spotkał się z odpowiedzią negatywną. Jak dotąd, ani ta podróż, ani polityka nacisku nie przyniosły sukcesu.
Podobne naciski jak te na Irlandię spotkały również Polskę i osobiście prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który wielokrotnie podkreślał - zwracam na to uwagę - że jest zwolennikiem ratyfikowania traktatu lizbońskiego, ale, jak dodawał, tylko w warunkach pełnej jednomyślności dwudziestu siedmiu państw Unii Europejskiej.
Przypomnę, że kiedy Francja obejmowała prezydencję, 1 lipca 2008 r., prezydent Lech Kaczyński w wypowiedzi dla jednego z dzienników stwierdził, że sprawa ratyfikacji traktatu lizbońskiego jest bezprzedmiotowa i że go na razie nie podpisze. Za niepoważne uznał argumenty, że bez tego dokumentu Unia nie może dalej istnieć. Na pytanie, kiedy skłonny byłby zmienić zdanie i złożyć podpis pod traktatem, prezydent dał wyraźnie do zrozumienia, że dopiero wówczas, gdy zmieni się stanowisko Irlandii. Powiedział: „Ale musi to być decyzja suwerenna, a nie podjęta pod naciskiem innych członków Unii Europejskiej. Jeżeli zasada jednomyślności raz zostanie złamana, to już jej nie będzie nigdy”.
Wypowiedź prezydenta Kaczyńskiego skrytykowali wówczas niemal wszyscy eurokraci, a rzeczniczka Komisji Europejskiej Pia Ahrenkilde Hansen nawet upomniała prezydenta Polski, mówiąc: „Wnioski końcowe czerwcowego szczytu Unii Europejskiej poświęcone traktatowi z Lizbony są jasne i jednoznaczne: traktat ratyfikowały dotąd parlamenty dziewiętnastu krajów, a proces ratyfikacji trwa, mimo irlandzkiego «nie», i to odnosi się także do Polski”.
Jak już wspomniałem, Francja, która przejęła przewodnictwo w Unii Europejskiej w drugim półroczu 2008 r., starała się uczynić wszystko, aby sprawa traktatu nie została zamknięta. Nie ustały naciski na inne kraje, w tym właśnie na Polskę i bezpośrednio na prezydenta Kaczyńskiego, aby traktat podpisał. I tu znowu przypomnę słowa prezydenta Sarkozy'ego, skierowane wprost do prezydenta Polski: „To nie premier Tusk, ale prezydent Kaczyński negocjował traktat. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś, kto negocjował traktat i podpisał się pod nim, zakwestionował własny podpis”. Na forum europejskim w sukurs polskiemu prezydentowi przyszedł jedynie Vaclav Klaus, prezydent Czech, który znany jest ze swojego eurosceptycyzmu. Nie będę tu przypominał kilku jego wypowiedzi w tej sprawie.
Wstrzymanie podpisu pod traktatem było i jest dla polskiego prezydenta z jednej strony ważnym gestem solidarności z Irlandczykami, a z drugiej - zabezpieczeniem interesów Polski w przyszłości. Bo oczywiste jest, że zgoda na zignorowanie w tej chwili głosu Irlandii, byłaby zgodą na zignorowanie głosu Polski w przyszłości.
Dodam, zresztą to już było podniesione w pytaniach i w wypowiedzi pana ministra, że sprawa ratyfikacji traktatu lizbońskiego budzi zastrzeżenia nie tylko w Polsce i w Czechach, ale też na przykład w Niemczech. Przypomnę, że traktat został zaskarżony przez kilku deputowanych oraz partię lewicową do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe. Zgodnie z prawem prezydent Horst Koehler nie może złożyć końcowego podpisu pod niemiecką ratyfikacją traktatu, zanim sędziowie tego problemu nie rozstrzygną. Jak wiemy, werdykt ma zapaść do końca maja bieżącego roku. I tutaj ciekawostka. Jak donoszą niemieckie media, przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Poettering, aby nie było niespodzianek - to są właśnie słowa Poetteringa: „aby nie było niespodzianek” - w niedwuznaczny sposób ostrzegł sędziów tego trybunału, że w razie negatywnego werdyktu, a więc odrzucenia przez nich traktatu, nie będzie można zreformować Unii Europejskiej. Czy tych słów nie należy odebrać jako jakiejś groźby wobec sędziów czy też, mówiąc delikatnie, jako politycznego nacisku?
Faktycznie, jeśli traktatu nie podpiszą Niemcy, to spowoduje to bardzo trudną sytuację Unii Europejskiej, nie da się jej bowiem bez zgody Niemiec przekształcić w jedno państwo, kosztem narodowych demokracji. Bo o to chodzi w traktacie lizbońskim, który ma ustanowić nowy ład prawny w Unii Europejskiej, ma jej nadać formę konstytucyjnej ponadnarodowej federacji, zupełnie niepodobnej do obecnej Wspólnoty, za to podobnej do takich federacji jak USA czy Niemcy. Federacja ta będzie stanowiła osobną formę prawną, nadrzędną wobec jej dwudziestu siedmiu państw członkowskich. Zapisy z Lizbony uczynią zatem z ponad pięciuset milionów mieszkańców dwudziestu siedmiu krajów Unii Europejskiej rzeczywistych obywateli nowej federalnej Unii Europejskiej. Traktat lizboński, cokolwiek by o nim sądzić, poza kilkoma mniej istotnymi sprawami pod względem prawnym jest w rzeczywistości taki sam jak „Traktat ustanawiający Konstytucję dla Europy”, który głosujący we Francji i w Danii odrzucili w referendach w 2005 r.
Dobrze byłoby tu przypomnieć, że podpisany w 1992 r. traktat z Maastricht, z którego wywodzi się obecna forma Unii Europejskiej, był nazywany „Traktatem o Unii Europejskiej”, nie zaś traktatem unii, jako że zapisy z Maastricht nie ustanawiały wyodrębnionej całości z osobowością prawną. A obecne postanowienia traktatu lizbońskiego stwierdzają: „Unia zastępuje Wspólnotę Europejską i jest jej następcą prawnym”. Nie ulega wątpliwości, że postlizbońska Unia Europejska będzie stanowiła o większości praw dwudziestu siedmiu krajów Unii Europejskiej.
Jak już wspomniałem, obecnie najważniejszym zadaniem eurokratów jest dalsza ratyfikacja traktatu lizbońskiego. I właśnie w tym celu wczoraj, 18 marca, odbyło się specjalne posiedzenie Komisji Europejskiej, którego uczestnicy zastanawiali się nad tym, jak „pomóc” rządowi Irlandii w zapewnieniu poparcia dla traktatu lizbońskiego podczas ponownego referendum, które tam się ma odbyć. Informację taką podał irlandzki dziennik „The Irish Times”. Dwudziestu siedmiu komisarzy spotkało się z szefem przedstawicielstwa Irlandii przy Komisji Europejskiej Martinem Territtem, który poinformował ich o najnowszych wynikach badań irlandzkiej opinii publicznej w sprawie zapisów traktatu z Lizbony. Komisarze postanowili wesprzeć kampanię reklamową mającą przekonać Irlandczyków do głosowania na „tak” i przekazać kwotę blisko 2 milionów euro z budżetu europejskiego na tę właśnie kampanię referendalną. Jednym słowem, kosztami obciążono wszystkich obywateli krajów należących do Wspólnoty. Komisja Europejska oczywiście nie wesprze w czasie referendum przeciwników Unii.
Myślę, że po Irlandii przyjdzie kolej na naciski na Polskę. Przypomnę, że u nas przed złożeniem podpisu przez prezydenta miała powstać odpowiednia ustawa kompetencyjna, zabezpieczająca nas przed wprowadzeniem niektórych zapisów Karty Praw Podstawowych, dołączonej do traktatu lizbońskiego. Na to wyrazili zgodę premier i Sejm. Czyżby to porozumienie było już nieaktualne?
Dziękuję za uwagę.
Senator Czesław Ryszka