"Wierzyć Życiem", nr 5/2009

EUROWYBORY: NALEŻY PÓJŚĆ I DOBRZE WYBRAĆ

Niby wszystko jest wiadome i jasne: 7 czerwca br. odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Polacy mają zapewnione 50 miejsc w europarlamencie, 50 deputowanych będzie nas reprezentowało na forum tej ponadnarodowej instytucji, w której jednak poszczególne państwa mają jeszcze dużo do powiedzenia. A i pieniądze dla zwycięzców są wielokrotnie wyższe, niż w rodzimym parlamencie. Stąd nie dziwmy się, że każda z partii czy środowisk chciałaby wygrać jak najwięcej. Dlatego w każdym unijnym kraju sięga się po znaczące osoby czy bodaj znane nazwiska.

W naszym kraju uczyniono podobnie. Polskie Stronnictwo Ludowe sięgnęło niemal w komplecie po swoich doświadczonych posłów. Tak samo uczyniło Prawo i Sprawiedliwość, dobierając kandydatów z tych najbardziej zasłużonych przy budowie IV RP. Natomiast Platforma Obywatelska postawiła na bardzo znane nazwiska, których ideowo łączy niewiele, ale czego nie robi się, żeby wygrać (zwłaszcza dziwi obecność lidera NSZZ Solidarność na liście partii całkowicie głuchej na postulaty związkowców).

Niestety, wielu z naszych rodaków nie wie, jaka jest ranga tych wyborów, a przede wszystkim jakie jest znaczenie naszych posłów w PE. Faktycznie, tak na dobrą sprawę, to niewiele wiemy o ich pracy, o uchwalanych ustawach (krążą stare dowcipy o zajmowaniu się krzywizną banana lub ogórka, wysokością drabiny malarskiej lub kolorem ścian w stajni). Nasza niewiedza o tym, czym naprawdę zajmują się europosłowie, jest usprawiedliwiona, ponieważ większość unijnych decyzji zapada w Komisji Europejskiej, w Radzie Europejskiej czy też w Radzie Unii Europejskiej. Sam PE w głosowaniu spełnia rolę listka figowego dla większości niedemokratycznych procedur unijnych.

Być może właśnie z tego powodu wybory do PE nie cieszą się w żadnym z unijnych krajów zbyt wysoką frekwencją, jednak byłoby dobrze, aby wśród 50 polskich eurodeputowanych znaleźli się ludzie oddani sprawom ojczyzny, broniący polskiej racji stanu. Będzie to szczególnie ważne, jeśli dojdzie do ratyfikacji traktatu lizbońskiego i w konsekwencji utworzenia w miejsce Wspólnoty Europejskiej państwa o nazwie Unia Europejska.

Nie wszyscy pamiętają, że podpisany w 1992 r. traktat z Maastricht, z którego wywodzi się obecna forma Wspólnoty Europejskiej, był nazywany „Traktatem o Unii Europejskiej”, nie zaś traktatem unii. Dopiero obecne postanowienia traktatu lizbońskiego postanawiają, że „Unia zastępuje Wspólnotę Europejską i jest jej następcą prawnym”. Nie ulega więc wątpliwości, że postlizbońska Unia Europejska uzyskując osobowość prawną, stanie się organizacją międzynarodową na wzór państwa, na czele którego stanie przewodniczący Rady Europejskiej (prezydent). Powstanie także stanowisko wysokiego przedstawiciela UE, który w praktyce będzie ministrem spraw zagranicznych. UE jako państwo będzie posiadała całkowicie samodzielną władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, które odtąd będą stanowiły o większości praw dwudziestu siedmiu krajów członkowskich.

Dlaczego jeszcze tak ważne jest, kto będzie nas reprezentował w PE? Odpowiedź daje skandaliczne zachowanie się 23 polskich eurodeputowanych podczas głosowania 2 kwietnia br. nad projektem rezolucji „Świadomość europejska a totalitaryzm”. Europosłanka Hanna Foltyn-Kubicka z PiS przemawiając w PE złożyła wniosek w sprawie uczczenia rotmistrza Witolda Pileckiego, który mógł zostać bohaterem Europy. Przypomnę, że zamordowany przez komunistów w warszawskim więzieniu przy Rakowieckiej jeden z największych bohaterów Polski Podziemnej, rotmistrz Witold Pilecki, był współzałożycielem Tajnej Armii Polskiej, dobrowolnym więźniem KL Auschwitz, oficerem Komendy Głównej Armii Krajowej i organizacji „NIE”, wreszcie więźniem politycznym okresu stalinowskiego i ofiarą komunistycznego mordu sądowego. Dziś jest legendą Polski Walczącej z obu okupantami, legendą, która nie ma należnego blasku w wolnej Polsce. W 2006 r. - pomijając sprzeciw kapituły orderowej - prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie rotmistrza Witolda Pileckiego (i gen. Emila Fieldorfa) Orderem Orła Białego, najwyższym odznaczeniem Rzeczypospolitej, w uznaniu jego zasług w wiernej, niezłomnej i usque ad finem służbie dla Polski Niepodległej.

Trudno było wyobrazić sobie lepszą okoliczność do zamanifestowania dumy ze swego kraju w europarlamencie. Niestety, doszło do haniebnej kompromitacji. 23 polskich eurodeputowanych zagłosowało przeciwko ustanowieniu dnia 25 maja - rocznicy śmierci Witolda Pileckiego - Europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmami. Większość głosujących przeciw należy do Platformy Obywatelskiej. Nie ma żadnego wytłumaczenia dla zachowania się polskich eurodeputowanych, nie usprawiedliwia ich ani to, że głosowali zgodnie z zaleceniami swoich frakcji, ani też, że mógł to spowodować „błąd techniczny”.

Dlaczego jeszcze tak ważne będzie, kogo wybierzemy w czerwcu do europarlamentu? Ponieważ obrony w Parlamencie Europejskim będzie wymagała rodzina. Jako dowód niech posłuży jedna z rezolucji PE, przyjęta pod koniec 2008 roku. Chodzi konkretnie o sprawozdanie nt. przestrzegania praw podstawowych w Unii Europejskiej w latach 2004-2008. Dokument zawiera postulaty wzajemnego uznania związków homoseksualnych we wszystkich krajach UE oraz przyjęcia takich rozwiązań w prawie państw członkowskich.

Wspomniany dokument w innej części broni tzw. praw reprodukcyjnych, co w języku prawa międzynarodowego oznacza m.in. swobodny dostęp do aborcji. Parlament Europejski postuluje ponadto wprowadzenie zakazu wypowiadania przez przywódców religijnych tzw. uwag dyskryminacyjnych, głównie krytyki zachowań homoseksualnych. Krótko mówiąc, cytowane sprawozdanie o prawach podstawowych w UE zostało wykorzystane przez europejską lewicę, konkretnie socjalistów oraz komunistów do promocji postulatów aborcyjnych i homoseksualnych, które nie mają nic wspólnego z prawami podstawowymi. Nie istnieją bowiem żadne akty prawa międzynarodowego, czy europejskiego, które potwierdzałyby istnienie takich „praw”.

Wprawdzie dokument nie jest obligatoryjny, ale polityczna atmosfera czy polityczny kontekst wytwarzany przez takie rezolucje skutkuje tym, że Komisja Europejska współfinansuje takie programy, czyli m.in. polski podatnik, wierzący katolik, przekazuje pieniądze na zabijanie dzieci nienarodzonych w państwach UE, na promowanie związków partnerskich, na środki antykoncepcyjne itd.

Trzeba również dodać, że w tym dokumencie znalazł się wspomniany, skandaliczny, precedensowy zapis krytykujący Kościół katolicki za jego stosunek względem związków osób tej samej płci, oraz zabijania dzieci poczętych, stosowania środków antykoncepcyjnych, w tym także wczesnoporonnych. To już nie jest atak na jakiś szczegół nauczania czy na jakąś instytucję, czy nawet konkretną osobę, ale uderzenie w samą istotę Kościoła, w jego nauczanie od wieków.

Rodzi się podstawowe pytanie: czy któryś z parlamentów ma prawo dyktować nowe normy moralne, tworzyć sztuczne rodziny złożone z osób tej samej płci? A co z prawami dziecka? Przewrotność unijnych regulacji „woła o pomstę do nieba”. Z jednej strony tworzy się zapisy dające dzieciom olbrzymie znaczenie prawne, z drugiej strony - wyroki Trybunału Sprawiedliwości w Strasburgu orzekając o przyznaniu lesbijkom i homoseksualistom prawa do adopcji dzieci, pozbawiają dzieci prawa do życia w naturalnej rodzinie. Stąd pytanie: czy współczesne parlamenty mają prawo uchwalać ustawy krzywdzące dzieci? Przecież każde dziecko ma prawo urodzić się i żyć w rodzinie złożonej z matki i ojca - mężczyzny i kobiety. Nikt nie może go tego prawa pozbawić.

Jednym słowem, potężne lobby chce z Brukseli narzucić wszystkim państwom członkowskim uznanie małżeństwa między osobami tej samej płci oraz tzw. „pro-active action”, to znaczy aktywną promocję ze strony państwa homoseksualnego stylu życia. W istocie chodzi o odrzucenie tradycyjnego modelu rodziny, w którym rodzina składa się z ojca, matki i dzieci. Nie ulega wątpliwości, że w przyszłej Europie kwestia wartości zbiega się w znacznej mierze z kwestią obrony rodziny. Europa, która boi się lub wstydzi wymienienia w preambule swojej Konstytucji imienia Boga, Europa, która walczy z rodziną, zmierza tym samym do łagodnego samobójstwa.

Byłoby błędem, gdybyśmy będąc w Unii pozwolili na to. Dlatego nasza obecność w UE jest walką o ocalenie Europy, o ocalenie rodziny, co nie jest możliwe bez powrotu do podstawowych wartości naturalnych. Jeżeli jednak Polska chce realizować politykę godności człowieka, szacunku dla osoby ludzkiej, musi wybrać odpowiednich europosłów. To zadecydujemy, czy to będą Polacy uczciwi, o mocnym charakterze, których nie pociągają ogromne europejskie pieniądze; a także patrioci, przywiązani do narodowej tradycji, czujący sprawy polskie, zabiegający o nie w każdej sytuacji, kochający rodzinę.

Stawiam ten problem nie bez przyczyny, ponieważ na forum europejskim nie wolno manifestować solidarności narodowej, nie wolno tworzyć frakcji narodowych, a jedynie kluby ideologiczne. Niestety, te najbardziej wpływowe wśród nich, tworzą frakcje europejskich liberałów oraz lewicy, która nierzadko wykorzystuje PE m.in. do podejmowania wspomnianych antyrodzinnych uchwał.

Krótko mówiąc, kandydaci do europarlamentu powinni zdawać sobie sprawę z tego, że wchodzą do instytucji, która jest swego rodzaju współczesną wieżą Babel, nie interesuje się czyimś sumieniem, ale dąży do ustanowienia swego rodzaju nowej ateistycznej religii Unii. Jak to trafnie ocenił R. Buttiglione, „dla tej nowej ateistycznej religii istnieje tylko jedna prawda, a mianowicie to, że żadna prawda nie istnieje”.

Szkocki męczennik z XVII wieku, książę Gordon, kiedy w zamian za zaparcie się wiary zaproponowano mu życie i wolność, miał odpowiedzieć: „Łatwiej jest oddzielić moją głowę od mego ciała, niż moje serce od mego Pana”. Czy podobnie będą mogli odpowiedzieć europosłowie z katolickiego kraju, jakim jest Polska? Należy więc podczas rozpoczętej kampanii wyborczej pytać kandydatów do EP o sprawy sumienia i wartości, ponieważ największym zagrożeniem dla Europy nie jest islam, lecz nihilizm, wstyd przed wymienieniem w preambule unijnej konstytucji imienia Boga, lęk przed silną Bogiem rodziną.

Czesław Ryszka