
„Obecni” nr 1/2009
Trzy zadania polskich polityków
Kardynał Karol Wojtyła w znanym poemacie opublikowanym w 1974 roku zatytułowanym „Myśląc, Ojczyzna...” pisał: „Ojczyzna, kiedy myślę, wówczas wyrażam siebie i zakorzeniam, mówi mi o tym serce, jakby ukryta granica, która ze mnie przebiega ku innym, aby wszystkich ogarniać w przeszłość dawniejszą niż każdy z nas: z niej się wyłaniam ... gdy myślę Ojczyzna - by zamknąć ją w sobie jak skarb. Pytam wciąż jak go pomnożyć, jak poszerzyć tę przestrzeń, którą wypełnia”.
Polska, nasza ojczyzna, ma trudną historię. Niecałe sto lat temu był czas, że Polski nie było na mapach Europy. Przez 123 lata nie istniało państwo polskie, choć nie znaczy to, by o Polakach nie było głośno. Podejmowaliśmy przecież zbrojne powstania, dawaliśmy Kościołowi ludzi świętych, służyliśmy ojczyźnie pracą u podstaw, zgodnie ze słowami Prymasa Tysiąclecia: „Sztuką jest umierać dla ojczyzny, ale największą sztuką jest dobrze żyć dla niej”. Te słowa należy odnieść do każdych czasów.
Politycy w obronie polskiej racji stanu
Odkąd Polska jest w Unii Europejskiej, nie wolno tracić z oczu tego wszystkiego, co z Brukseli czy Strasburga dociera do nas w postaci dyrektyw Komisji Europejskiej, te zaś wymagają stale dostosowywania prawa krajowego do unijnego. Nie wolno lekceważyć nawet rezolucji Parlamentu Europejskiego, które choć nie obowiązujące, wskazują na nadchodzące zmiany. A w wielu dziedzinach są to zmiany niekorzystne dla Polski. Najwięcej straci Polska na ratyfikacji tzw. traktatu lizbońskiego.
Tu przypomnę, że sygnowany 13 grudnia 2007 r. w Lizbonie przez premiera Donalda Tuska i szefa polskiej dyplomacji Radosława Sikorskiego traktat reformujący Unię Europejską, zwany już powszechnie traktatem lizbońskim, miał wejść w życie 1 stycznia 2009 r. Na skutek negatywnego referendum w Irlandii, proces ratyfikacji został zatrzymany (aby traktat wszedł w życie, musi go zaakceptować każde z 27 państw członkowskich Unii).
Dlaczego ta ratyfikacja jest tak ważna dla eurokratów? Zanim na to pytanie odpowiem, przypomnę, że podpisany w 1992 r. traktat z Maastricht, z którego wywodzi się obecna forma Wspólnoty Europejskiej, był nazywany „Traktatem o Unii Europejskiej”, nie zaś traktatem unii, jako że zapisy z Maastricht nie ustanawiały wyodrębnionej całości z osobowością prawną. Natomiast obecne postanowienia traktatu lizbońskiego stwierdzają: „Unia zastępuje Wspólnotę Europejską i jest jej następcą prawnym”. Nie ulega wątpliwości, że postlizbońska Unia Europejska będzie stanowiła o większości praw dwudziestu siedmiu krajów Unii Europejskiej.
Co więc stanie się ze Wspólnotą Europejską po ratyfikacji tego traktatu? Przede wszystkim jej kompetencje przejmie Unia Europejska, uzyskując osobowość prawną, czyli wszelkie przymioty organizacji międzynarodowej (art. 32). Będzie to wówczas swego rodzaju superpaństwo, na czele którego stanie przewodniczący Rady Europejskiej (prezydent). Powstanie także stanowisko wysokiego przedstawiciela UE, który w praktyce będzie ministrem spraw zagranicznych Wspólnoty (art. 9e). UE będzie także posiadała samodzielną władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. A co w tej sytuacji z suwerennością 27 państw narodowych?
Suwerenność państwa to przede wszystkim własne prawodawstwo, waluta narodowa oraz niezależna polityka wewnętrzna i zagraniczna. Większość krajów pozbyła się już narodowej waluty, a prawodawstwo UE zaczyna obejmować już prawie wszystko, od spraw gospodarczych po podatkowe, a także tak delikatne sprawy, jak bioetyka, inżynieria genetyczna, sprawy oddawania, pobierania, przechowywania i dystrybucji tkanek i komórek ludzkich, w tym embrionów ludzkich. Nie wszyscy wiedzą, że już obecnie z Brukseli pochodzi dwie trzecie krajowych zmian prawnych. Co się jednak dziwić, skoro politycy (nie tylko polscy) przyjęli traktat, nie znając jego zapisów ani konsekwencji, jakie ze sobą niesie. Także poziom świadomości wśród obywateli na ten temat jest bardzo niski. Co ciekawe, dokumentem tym nie interesują się również prawnicy.
A szkoda, ponieważ po 12 czerwca 2008 r., kiedy to Irlandczycy w referendum odrzucili traktat lizboński, wśród eurokratów zapanowała olbrzymia konsternacja. Irlandzkie „nie” pokrzyżowało dalsze plany budowy superpaństwa europejskiego. Problem eurokratów polegał jednak na tym, że nie można było tak wprost krytykować Irlandii, bo byłoby to kwestionowanie prawa narodu irlandzkiego do suwerennego podejmowania decyzji. Dlatego powstał pewien plan, aby traktat ratyfikowały wszystkie kolejne państwa, żeby nie zatrzymywać tego procesu. Tym sposobem chciano wywrzeć presję na Irlandię i doprowadzić do szybkiego powtórzenia referendum w tym kraju jeszcze w 2008 r., tak aby traktat lizboński wszedł w życie 1 stycznia 2009 r. Nie udało się.
Podobnie nie udało się, jak dotąd, zmusić prezydenta Lecha Kaczyńskiego do złożenia podpisu pod traktatem, a on sam na pytanie, kiedy skłonny byłby to uczynić, dał wyraźnie do zrozumienia, że dopiero wówczas, gdy zmieni się stanowisko Irlandii. Powiedział: „Ale musi to być decyzja suwerenna, a nie podjęta pod naciskiem innych członków Unii Europejskiej. Jeżeli zasada jednomyślności raz zostanie złamana, to już jej nie będzie nigdy”. Wstrzymanie podpisu pod traktatem było i jest dla polskiego prezydenta z jednej strony ważnym gestem solidarności z Irlandczykami, a z drugiej - zabezpieczeniem interesów Polski w przyszłości. Bo oczywiste jest, że zgoda na zignorowanie w tej chwili głosu Irlandii, byłaby zgodą na zignorowanie głosu Polski w przyszłości.
Dlaczego sprawa traktatu z Lizbony jest tak ważna dla eurokratów, dla dużych państw UE? Ponieważ faktycznie, bez traktatu nie da się przekształcić obecnej Wspólnoty w jedno państwo, oczywiście kosztem narodowych demokracji. Bo o to chodzi w traktacie lizbońskim, który ma ustanowić nowy ład prawny w Unii Europejskiej, ma jej nadać formę konstytucyjnej ponadnarodowej federacji, zupełnie niepodobnej do obecnej Wspólnoty, za to podobnej do takich federacji jak USA czy Niemcy. Federacja ta, jak wspomniałem, będzie stanowiła osobną formę prawną, nadrzędną wobec jej dwudziestu siedmiu państw członkowskich. Zapisy z Lizbony uczynią zatem z ponad pięciuset milionów mieszkańców dwudziestu siedmiu krajów Unii Europejskiej rzeczywistych obywateli nowej federalnej Unii Europejskiej. Traktat lizboński, cokolwiek by o nim sądzić, poza kilkoma mniej istotnymi sprawami pod względem prawnym jest w rzeczywistości taki sam, jak „Traktat ustanawiający Konstytucję dla Europy”, który głosujący we Francji i w Danii odrzucili w referendach w 2005 r. Próżno tak szukać odniesień do wartości, do rodziny, do europejskiej tradycji chrześcijańskiej.
Wkrótce czeka nas kolejne referendum w Irlandii, potem przyjdzie kolej na naciski na Polskę. Przypomnę, że u nas przed złożeniem podpisu przez prezydenta miała powstać odpowiednia ustawa kompetencyjna, zabezpieczająca prawo krajowe przed wprowadzeniem niektórych zapisów Karty Praw Podstawowych, dołączonej do traktatu lizbońskiego. Na to wyrazili zgodę premier i Sejm. Jak widać, dla Platformy Obywatelskiej, PSL oraz SLD naciskających na prezydenta, aby złożył podpis pod traktatem, to porozumienie jest już nieaktualne.
Nie jestem przeciwnikiem UE, dobrze jest mieć Unię, ale powinna to być struktura demokratyczna, rządzona przez ludzi wybranych przez społeczeństwa niż niewybieralnych, a rządzących. Ale czy jest możliwa demokracja na poziomie 27 sfederowanych państw? Tożsamości narodowej w UE nie utracimy, tak jak nie utraciliśmy jej pod zaborami. Ale z chwilą wprowadzenia w życie traktatu lizbońskiego o niepodległości i demokracji trzeba będzie zapomnieć.
Dlatego tak ważne będą wybory 7 czerwca do Parlamentu Europejskiego. Czy wybierzemy ludzi uczciwych, o mocnym charakterze, których nie pociągają ogromne europejskie pieniądze, a także patriotów, przywiązanych do narodowej tradycji, czujących sprawy polskie, zabiegających o nie w każdej sytuacji? Stawiam to pytanie nie bez przyczyny, ponieważ na forum europejskim nie wolno manifestować solidarności narodowej, nie wolno tworzyć frakcji narodowych, a jedynie kluby ideologiczne. Niestety, najbardziej wpływowe wśród nich są frakcje europejskich liberałów oraz lewicy, która wykorzystuje PE m.in. do podejmowania antyrodzinnych uchwał.
Przykładem niech będzie nagonka na prof. Rocco Buttiglione, którego rząd włoski wysunął jako kandydata na komisarza UE. Podczas przesłuchania w komisji prawnej PE nikt nie wysunął wątpliwości co do jego kompetencji zawodowych, a jednak socjaliści, liberalni demokraci, zieloni i komuniści uznali, że nie jest godny pełnić tej funkcji, ponieważ powiedział to, co o homoseksualizmie mówi Katechizm Kościoła katolickiego, że to jest grzech. Gdyby takie kryterium zastosowano w przeszłości, ani Adenauer, ani De Gasperi, ani Schuman nie mogliby być komisarzami europejskimi (czym innym jest niedyskryminowanie osób homoseksualnych jako osób, a czym innym tworzenie uprzywilejowanych warunków dla homoseksualizmu jako stylu życia – a tego na każdym kroku domaga się od państw PE). Dlatego kandydaci do europarlamentu powinni zdawać sobie sprawę z tego, że wchodzą do instytucji, która jest swego rodzaju nową inkwizycją, nie interesuje się czyimś sumieniem, ale dąży do ustanowienia swego rodzaju nowej ateistycznej religii Unii. Jak to trafnie ocenił R. Buttiglione, „dla tej nowej ateistycznej religii istnieje tylko jedna prawda, a mianowicie to, że żadna prawda nie istnieje”.
Politycy w obronie rodziny
Najpierw premier D. Tusk chciał kastrować pedofilów, potem miał zakazać przemocy w rodzinie łącznie z dawaniem klapsów dzieciom, następnie zapoczątkował inicjatywę ustawodawczą o zapłodnieniu in vitro, wreszcie apeluje o debatę społeczną w sprawach eutanazji. Jak powiedział w Sejmie: „Zachęcam wszystkich zainteresowanych tematem, aby rozmawiali ze sobą o optymalnym kształcie zarówno ustawy dotyczącej in vitro, jak i o tym, co będzie budziło coraz większe emocje - o testamencie życia czy o wersjach bardziej radykalnych, w których pojawiają się postulaty eutanazyjne”.
Sporo tych pomysłów, ale jak wszystkie inne wypowiedzi premiera, chodzi w nich o rzucanie haseł do ideologicznej debaty, o igranie na społecznych emocjach, zapewne też o doprowadzenie do podziałów w społeczeństwie. Przede wszystkim jednak chodzi premierowi i jego partii o odwrócenie uwagi od rosnących problemów związanych z kryzysem gospodarczym i finansowym. Dyskutowanie w tym momencie o tak newralgicznych problemach moralnych, podnoszenie ich publicznie przez premiera jest czymś nie na miejscu, co może sugerować, że chodzi w gruncie rzeczy o doprowadzenie do sporu ideologicznego. Czy to oznacza, że w tej kadencji trzeba będzie zapomnieć o polityce rodzinnej?
Tu warto wspomnieć o tym, jaka jest wizja rodziny w Unii Europejskiej, w jaki model rodziny weszliśmy, jak problem rodziny jest traktowany w państwach zjednoczonej Europy, a przede wszystkim w Parlamencie Europejskim? Warto tu bodaj jednym słowem wspomnieć, że w Traktacie z Maastricht, który dał prawne i gospodarcze podwaliny Unii Europejskiej, nie ma słowa na temat rodziny. Nie używa się w ogóle takiego pojęcia. Z tego przemilczenia wcale nie wynika wniosek, że każde państwo może prowadzić własną politykę rodzinną.
Najpierw przykład, który daje dużo do myślenia. Kiedy ONZ ogłosiła rok 1994 Międzynarodowym Rokiem Rodziny, Jan Paweł II witając tę inicjatywę z radością, napisał List do Rodzin, w którym podkreślał dziejową rolę rodziny złożonej z ojca, matki i dzieci. Niemal natychmiast w odpowiedzi na papieski dokument Parlament Europejski ogłosił własną rezolucję o rodzinie, legalizując związki homoseksualne oraz występując dla nich o prawo do adopcji dzieci. Co o tym sądzić? Najdelikatniej mówiąc, Parlament Europejski prawnie potwierdził, że odtąd małżeństwo tradycyjne nie będzie chronione jako jedyne mogące tworzyć rodzinę.
Jako dowód niech posłuży jedna z rezolucji Parlamentu Europejskiego, przyjęta pod koniec 2008 roku. Chodzi konkretnie o sprawozdanie nt. przestrzegania praw podstawowych w Unii Europejskiej w latach 2004-2008. Dokument zawiera postulaty wzajemnego uznania związków homoseksualnych we wszystkich krajach UE oraz przyjęcia takich rozwiązań w prawie państw członkowskich. Wspomniany dokument w innej części broni tzw. praw reprodukcyjnych, co w języku prawa międzynarodowego oznacza m.in. swobodny dostęp do aborcji. Parlament Europejski postuluje ponadto wprowadzenie zakazu wypowiadania przez przywódców religijnych tzw. uwag dyskryminacyjnych, głównie krytyki zachowań homoseksualnych. Krótko mówiąc, cytowane sprawozdanie o prawach podstawowych w UE zostało wykorzystane przez europejską lewicę, konkretnie socjalistów oraz komunistów do promocji postulatów aborcyjnych i homoseksualnych, które nie mają nic wspólnego z prawami podstawowymi. Nie istnieją bowiem żadne akty prawa międzynarodowego, czy europejskiego, które potwierdzałyby istnienie takich „praw”.
Wprawdzie dokument nie jest obligatoryjny, ale polityczna atmosfera czy polityczny kontekst wytwarzany przez takie rezolucje skutkuje tym, że Komisja Europejska współfinansuje takie programy, czyli m.in. polski podatnik, wierzący katolik, przekazuje pieniądze na zabijanie dzieci nienarodzonych w państwach UE, na promowanie związków partnerskich, na środki antykoncepcyjne itd.
Polska na tle walki z rodziną w UE jawi się jako jeden z ostatnich przyczółków normalnej rodziny. Od 1993 roku mamy dość dobre prawo chroniące życie od poczęcia do naturalnej śmierci. Nie ma przyzwolenia na ustawy o eutanazji czy związkach homoseksualnych. Ale, niestety, co trzecia rodzina rozpada się, a ponadto już 2 mln rodzin w Polsce są bezdzietne. Takich zaś, które wychowują więcej niż troje dzieci, jest tylko 800 tys. Średnio na jedno małżeństwo „przypada u nas 1,2 dziecka”. Zeszliśmy poniżej granicznego wskaźnika – 2,1 dziecka przypadającego na jedną rodzinę, który warunkuje zastępowalność pokoleń. Podobnie jak inne kraje europejskie stajemy się społeczeństwem wymierającym.
To smutna konstatacja, że polska rodzina nie może liczyć na pomoc państwa. Np. kobieta zajmująca się wychowaniem dzieci i prowadząca dom ma status osoby niepracującej, a niekorzystny system podatkowy sprawia, że rodziny muszą zwracać państwu większość wypracowanego dochodu. Jednym słowem, polscy politycy nie realizują polityki rodzinnej, co najwyżej zajmują się polityką socjalną wobec rodziny. Tymczasem rodzina nie potrzebuje zapomóg i opiekuńczości. To jest zadanie pomocy społecznej wobec osób w celu złagodzenia jakichś dramatów, np. bezrobocia, choroby, nędzy. A rodzina nie jest żadnym złem. W związku z powyższym polityka rodzinna ma polegać na promocji rodziny, przyczyniać się do bogactwa narodu, jakim są dzieci. Tymczasem u nas zamieniono urząd pełnomocnika ds. rodziny, zastępując go pełnomocnikiem ds. równouprawnienia kobiet i mężczyzn. Nie ma dodatków dla rodzin wielodzietnych, co najwyżej jest tylko tzw. becikowe uchwalone przez koalicyjny poprzedni rząd PiS-u, oraz niedawno wydłużono o 2 tygodnie urlopy macierzyńskie. Ale i tu z powodu niedopracowanych regulacji dotyczących urlopu rodzicielskiego zaledwie 45 proc. małżeństw może realnie skorzystać z urlopu macierzyńskiego, a tylko 30 proc. z urlopu wychowawczego. Po części wynika to z obaw kobiet przed utratą pracy.
Co powinni uczynić politycy? Należy stopniowo zwiększać nakłady z budżetu państwa na rodzinę, tak, by osiągnęły średni poziom krajów Unii Europejskiej; umożliwić rodzicom połączenie ról rodzinnych i zawodowych; wspierać materialnie rodziny wielodzietne, w których wychowuje się jedna trzecia polskich dzieci, a których sytuacja jest najtrudniejsza; rozwijać system świadczeń rodzinnych; pomagać rodzinom wychowującym dzieci niepełnosprawne; przeciwdziałać kryzysom i rozpadowi rodzin; wzmocnić ochronę dziecka i rodziny przed przemocą w środowisku pracy, w szkole i w mediach; rozwijać rodzinne formy opieki nad dziećmi pozbawionymi opieki rodziców biologicznych, przy jednoczesnym ograniczaniu instytucjonalnych form opieki. I co najważniejsze: przy formułowaniu nowych rozwiązań prawnych należy zawsze wprowadzić obowiązek przedstawienia skutków tych regulacji dla funkcjonowania rodzin.
To tylko kilka kierunkowych działań polityki rodzinnej państwa. Skoro człowiek rodzi się w rodzinie, konsumuje i oszczędza w rodzinie, zakłada rodzinę, to prawdziwym celem działalności państwa powinno być zapewnienie pokoju i pomyślności rodzinie. Dobra rodzina była i pozostanie fundamentem dobrego społeczeństwa i ekonomicznego sukcesu państwa.
Zachować dziedzictwo, któremu na imię Polska
Ojczyzna jest dzisiaj wolna, ale przed nami wielka niewiadoma z obecności w Unii Europejskiej. Nie mogą do lamusa historii pójść państwa narodowe, z ich kulturą, językiem, zwyczajami oraz religią. Nie wolno zapominać o tych elementach, które tworzą wspólnotę narodową, czyli o tym wszystkim, co przez tysiąc lat tworzyło tożsamość Polaków. Nie wolno np. reformując oświatę, zapominać o naszych narodowych wieszczach, o ojczystych dziejach. Kim byśmy byli bez polskich królów, bez Kopernika, Mickiewicza, Sienkiewicza czy Szopena? Oddając pole różnym europejskim, globalistycznym historykom czy filozofom, możemy doprowadzić kiedyś do wybuchu nacjonalizmów i wojen.
Jeśli w Europie zostaną zniszczone narodowe ojczyzny, to będzie tak, jakby ktoś pozbawił kogoś rodziny. Bo ojczyzna jest jak rodzina. Tak jak czuje się człowiek bez rodziny, tak czuje się człowiek bez ojczyzny. Po prostu potrzebna jest nam ta więź, która związana jest z naszym narodem oraz z ojczyzną, w której przyszliśmy na świat i której los w jakimś stopniu wszyscy dzielimy. Ojczyzna to jest coś wrodzonego.
O łączności z ojczyzną świadczą nawet nasze zachowania w obliczu np. sukcesów sportowych rodaków. One dają poczucie narodowej dumy, przynoszą radość. Kto wyparł się ojczyzny, ten zawsze i wszędzie będzie czuł się samotny, będzie człowiekiem znikąd. Widać to było najlepiej na przykładzie osoby Jana Pawła II. Po jego wyborze na Stolicę Piotrową, miliony Polaków na świecie poczuło wielką miłość do swoich korzeni narodowych, do związków z Polską. Natomiast Papież – Polak przybywając do ojczyzny wzruszał nas głęboko, kiedy pierwszym gestem powitania było ucałowanie ziemi. Porównywał Ojciec Święty ten gest do ucałowania rąk matki. Podobnie też wypowiadał się często na temat swoich związków z narodem, dzielił los swoich rodaków.
Dla polityka miłość do ojczyzny wyraża się w uchwalaniu dobrych ustaw, służbie narodowi, w dokonywaniu mądrych wyborów politycznych. Chodzi więc o to, aby państwo miało dobre ustawy, sprawiedliwe sądy, aby ludzie sprawujący władzę nie byli skorumpowani czy niekompetentni. Demokracja jest podobno najlepszym ustrojem, ale tylko wówczas, jeśli rządzą ludzie światli, odpowiedzialni, kompetentni, ludzie sumienia, którzy rzeczywiście szczerze troszczą się o dobro wspólne.
Jesteśmy w Unii Europejskiej, ale naszą matką jest Polska. Polski Dom.
W obecnej sytuacji politycy powinni otwarcie mówić o naszej tożsamości, korzeniach i kulturze, mają podkreślać, że polski dom jest właściwym światem człowieka jako istoty rodzinnej, że jesteśmy członkami narodu, który kształtuje swoją tożsamość w nurcie duchowego dziedzictwa, przepływającego przez serce rodziny.
Należy zawsze widzieć Polskę jako dom wszystkich Polaków, dlatego od rządu i parlamentu oczekujemy ustaw, które pomogą wrócić tym wszystkim, którzy „pętają się” po Europie w poszukiwaniu lepszego życia. Tu, na własnej ziemi trzeba pomóc im budować przyszłość dla swoich rodzin. Trzeba w Polsce stworzyć warunki pracy i rozwoju. Nie można wszystkiego zwalić na światowy kryzys finansowy. Dobrze byłoby wiedzieć, kto go wywołał, kto za nim stoi. I tu mała dygresja. W 1867 roku Karol Marks prognozując wówczas kryzys, napisał: „Posiadacze kapitału będą stymulować popyt klasy robotniczej na coraz większą ilość towarów, mieszkań i wytworów techniki. Jednocześnie będą udzielać coraz więcej coraz droższych kredytów na zakup tych dóbr, aż rzeczone kredyty nie będą mogły być spłacane. Nie spłacane kredyty doprowadzą do bankructwa banków, które z kolei zostaną znacjonalizowane. To w rezultacie doprowadzi do powstania komunizmu”. Zanim komunizm upadł, pochłonął co najmniej 150 milionów ofiar. Strach zapytać, jaki totalitarny system ktoś prognozuje dzisiaj? Czy nie będzie to jakiś rodzaj moralnej niewoli?!
Jan Paweł II proroczo nauczał, że po ustępującym totalitaryzmie komunistycznym grozi nam nowy imperializm w sferze ducha, zamęt moralny, wyzwalanie człowieka z więzów rodzinnych, społecznych czy narodowych. Wniosek: kiedyś z Zachodu zapoczątkowano walkę z Bogiem poprzez rosyjską rewolucję komunistyczną, dziś - znowu z Zachodu - przychodzi rewolucja moralna, prawdziwe tsunami atakujące tradycyjne instytucje: rodzinę, naród, Kościół, państwo. To powinno każdemu wiele do myślenia.
Czesław Ryszka