Konferencja wygłoszona podczas spotkania z Polakami w Wiedniu, 20 czerwca 2009 r. w sali Emaus przy Rennweg 5 A

Wspomnienia z pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny

Od 2 czerwca 1979 r. upłynęło dopiero 30 lat, ale wydaje się jakby odszedł cały wiek, jedna wielka epoka, bo od tej daty historia nagle przyspieszyła. A zaczęło się wszystko 16 października rok wcześniej, od wyboru kard. Karola Wojtyły na stolicę św. Piotra. Od tego dnia wiedzieliśmy, że Piotr naszych czasów odwiedzi ojczyznę, Polskę. Jedno było i dla nich pewne: nie można będzie zamknąć bram ojczyzny przed takim Rodakiem. Nie musieliśmy długo czekać, choć nie powiem, aby odbywało się to bez napięcia. Ta wizyta była bowiem bardzo pilnie przygotowywana a potem obserwowana również przez wrogów samego Jana Pawła II, jak też przez wrogów Polski. Nie będzie przesady w słowach, że komuniści zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że siła Ojca Świętego jest dużo większa niż sowieckie dywizje. Bano się Jana Pawła II, bano się jego nauczania.

Należałoby długo opisywać perturbacje polityczne, zabiegi oraz przygotowania do pierwszej pielgrzymki, faktem jest jednak, że doszło do niej szybciej niż należało się spodziewać. Cały świat czekał na słowa Papieża w Warszawie. I nie mylono się. To dziejowe wołanie: „Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi!” wstrząsnęło nie tylko Polską, ale całym światem. Rok później wybuchła „Solidarność”, nie minęła dekada, a słowo ciałem się stało - upadło komunistyczne sowieckie imperium zła, miliony ludzi, całe narody odzyskały wolność, odnowiło się i odmieniło oblicze ziemi.

Upłynęło już 30 lat od tej pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego do rodzinnego kraju, ale wielkość tych dni trwa w owocach, jakie przyniosły dla ludzi i kraju następne lata. To był prawdziwy dar Zielonych Świąt. Dla mnie osobiście wracanie do zapisków z tej pielgrzymki, stanowi za każdym razem niewyczerpane źródło myśli i obrazów, przeżyć i wspomnień. Jako dziennikarz „Gościa Niedzielnego” wędrowałem wówczas po papieskich ścieżkach z notatnikiem i niejeden raz odkładałem pióro nie mogąc wydusić z siebie słowa, oczarowany naszym Papieżem, zdumiony ogromnym aplauzem słuchających go tłumów. Zresztą, to nie tylko o owacje i entuzjazm chodziło, bo ten sam tłum, który z setek tysięcy piersi potrafił wydobyć żywiołowe piosenki „Sto lat” albo „Góralu, czy ci nie żal”, w następnej minucie padał na kolana i modlił się czy z całej duszy wyśpiewywał pieśni „Boże, coś Polskę” czy „My chcemy Boga”. Była to bowiem nie tylko pielgrzymka wierzących do miejsc, które odwiedzał Papież, ale swoiste rekolekcje odprawiane w miejscach, które zapisały się wielkimi zgłoskami w tysiącletnich dziejach chrześcijańskiego narodu. Śmiało można powiedzieć, że w tych dniach Kościół w Polsce, pielgrzymując wraz z Papieżem, dał światu świadectwo wiary zakorzenionej w historii tylu już pokoleń Polaków.

Warszawa

Pierwsze wzruszenie w Warszawie, 2 czerwca w sobotę, kiedy na lotnisku wojskowym na Okęciu Boening 727 włoskich linii lotniczych ALITALIA wylądował z Papieżem na pokładzie. Było słoneczne przedpołudnie. Słońce oblało wychodzącego Ojca Świętego. Wszyscy zamarli w skupieniu. Pierwsze oklaski, serdeczne podniesienie rąk, pocałunek ziemi. Ceremonia powitania, Papież zamyślony przesunął się przed kompanią honorową. Kto by śmiał przypuszczać, że najwyższe honory państwowe będzie odbierał Karol Wojtyła, kardynał z Krakowa.

Powitanie Polski, z Polską, Polaków... I od samego początku błogosławienie narodu i ziemi. Z lotniska przejazd specjalnym samochodem, papamobile ze Starachowic, do bazyliki archikatedralnej św. Jana na Starym Mieście. O trasie przejazdu trudno wspominać, to po prostu nie jest możliwe do oddania słowem: pieśniom, oklaskom, okrzykom na całej trasie nie było końca. Ludzie rzucali kwiaty do samochodu, machali chusteczkami, ocierali łzy. W bazylice powitał Ojca Świętego Ksiądz Prymas, po czym, po krótkiej modlitwie, Jan Paweł II wygłosił przemówienie do zebranego tam duchowieństwa archidiecezji warszawskiej. W swoim słowie Ojciec Świętego podkreślił zasługi ks. kard. Stefana Wyszyńskiego dla Kościoła w Polsce, a przede wszystkim dla Kościoła archidiecezji warszawskiej. Papież nazwał ks. Prymasa „zwornikiem” tego Kościoła.

Po spotkaniu z duchowieństwem Ojciec Święty przeszedł do pobliskiego kościoła Matki Bożej Łaskawej, patronki Warszawy, którego kustoszami są księża jezuici, gdzie przemówił do zgromadzonych tam sióstr zakonnych. Jan Paweł II podziękował serdecznie siostrom za modlitwy w jego intencji prosząc jednocześnie zebranych o dalsze modlitewne wsparcie w swoim apostolskim posługiwaniu. Stamtąd Papież udał się do rezydencji Prymasa Polski przy ul. Miodowej, a następnie na spotkanie w Belwederze z przedstawicielami najwyższych władz PRL.

Centralnym wydarzeniem dnia była Msza święta na placu Zwycięstwa o godz. 16. Na początku Ojciec Święty złożył hołd poległym za Ojczyznę: u Grobu Nieznanego Żołnierza odmówił modlitwę, a nasennie ucałował płytę grobu. Po przebraniu się w szaty pontyfikalne Papież przeszedł wzdłuż szpaleru wiernych zgromadzonych tutaj w ogromnej liczbie. Idąc, błogosławił zebranych, trzymając w lewej ręce pastorał z krzyżem — znany już całemu światu z licznych uroczystości.

Ołtarz z centralnie ustawionym krzyżem, przez którego ramiona przewieszono czerwoną stułę, symbol Chrystusa Zmartwychwstałego. Z przodu ołtarza wypisano imiona polskich świętych i błogosławionych. Niezwykłe wydarzenie, jakim była ta Msza święta pozostała na zawsze w pamięci jej uczestników i telewidzów. Ojciec Święty długo przemawiał o wartościach religijnych, wartościach wiary i krzyża, które przenikają wszystkie dziedziny życia ludzkiego. W momentach entuzjazmu zgromadzonych ludzi, nie milknących oklasków czy śpiewów religijnych, Papież zamykał oczy, jakby czując się winny, że ta Przenajświętsza Ofiara sprawuje się tak głośno, opierał głowę na pastorale trzymanym oburącz, zamyślał się głęboko, albo rozkładał ręce patrząc na wiwatujących, uśmiechając się głęboko wzruszony i przejęty doniosłością chwili. To był — można powiedzieć — dialog słów Papieża i żywiołowa odpowiedź wierzących, dialog niezwykłego porozumienia, które dokonuje się przez Ducha św. Jeszcze nigdy tylu Polaków nie stało tak blisko tronu papieskiego, jeszcze nigdy Papież nie był tak głęboko obecny z nami, w naszych sercach i umysłach, w naszej modlitwie i pamięci. Myślę, że taka Łaska uczestniczenia w eucharystycznej ofierze razem z Papieżem, tu na polskiej ziemi, to coś niezasłużonego, coś danego nam zupełnie darmo.

Następnego dnia, tj. w niedzielę Zesłania Ducha Świętego o godz. 7, przed akademickim kościołem św. Anny w Warszawie, Ojciec Święty spotkał się z młodzieżą. Powitanie Ojca Świętego było niezwykle radosne, pełne uniesienia i żaru. Niestety, obowiązujący termin odlotu do Gniezna zmusił Ojca Świętego do opuszczenia Mszy świętej, którą od Credo kontynuował ks. bp Zbigniew Kraszewski. Przemawiając do studentów Ojciec Święty powiedział m.in., że „poprzez studia uniwersyteckie otwiera się przed Wami wspaniały świat ludzkiej wiedzy w tylu różnych dziedzinach. W parze z tą wiedzą o świecie rozwija się zapewne i Wasza samowiedza. Pytanie o to, kim jestem, stawiacie sobie zapewne już od dawna. Jest to pytanie poniekąd najciekawsze. Pytanie podstawowe. Jaką miarą mierzyć człowieka? Czy mierzyć go miarą sił fizycznych, którymi dysponuje? Czy mierzyć go miarą zmysłów, które umożliwiają mu kontakt z zewnętrznym światem? Czy mierzyć go miarą inteligencji, która sprawdza się poprzez wielorakie testy czy egzaminy?

Odpowiedź dnia dzisiejszego, odpowiedź liturgii Zielonych Świąt, wskazuje dwie miary: Człowieka trzeba mierzyć miarą serca... Serce w języku biblijnym oznacza ludzkie duchowe wnętrze, oznacza w szczególności sumienie... Człowieka więc trzeba mierzyć miarą sumienia, miarą ducha, który jest otwarty ku Bogu. Tylko Duch Święty może go napełnić — to znaczy doprowadzić do spełnienia poprzez miłość i mądrość”.

Ileż uczucia zamknął Papież w tych słowach? Jakże chciałby zostawić je młodzieży jako swój testament, jako przesłanie na całe życie. Słuchały tych słów z zapartym tchem tysiące młodych serc. Długie cienie budowli placu Zamkowego osłaniały przed skwarem porannych promieni. Czar spotkania pozostał, choć Papież musiał odjechać.

Gniezno

Najpierw było spotkanie na błoniach gnieźnieńskich w Gębarzewie. Rozległe pole zapełniło się od wczesnych godzin pielgrzymami przybywającymi pieszo ze wszystkich stron Wielkopolski, Kujaw i Pomorza. W straszliwej spiekocie i tumanach kurzu wierni trwali cierpliwie w oczekiwaniu na Ojca Świętego. Od miejsca wylądowania do oddalonego o 150 m podium Papież przeszedł wśród nieopisanego entuzjazmu ludzi przeciskających się ze wszystkich stron ku niemu. Ochrona papieska była bezradna wobec napierających tłumów.

Jan Paweł II przemawiając do zgromadzonych tłumów wiernych powiedział między innymi: „Oto pole, błonie szerokie, na którym stanęliśmy wspólnie, ażeby rozpocząć pielgrzymkę — lub jak to mówi współczesny polski pisarz: rozpocząć „pąć”. Ma nas ona poprowadzić do Gniezna, a z Gniezna przez Jasną Górę ku Krakowowi, tak jak ścieli się szlak historii Narodu, a zarazem szlak naszych Świętych Patronów: Wojciecha i Stanisława zespolonych w trosce o chrześcijańskie dziedzictwo tej ziemi wokół Bogarodzicy z Jasnej Góry. Tu na tym rozległym błoniu witam ze czcią samo Gniezno piastowskie, początek dziejów Ojczyzny, a równocześnie kolebkę Kościoła, w którym praojcowie zjednoczyli się jednością wiary z Ojcem, Synem i Duchem Świętym”.

Potem był papieski przejazd do Gniezna i nabożeństwo przed katedrą z papieskim kazaniem w wieczerniku naszego polskiego Millenium o początkach wiary na ziemi Polan. A podczas spotkania z młodzieżą o polskiej kulturze, która jest dobrem, na którym opiera się życie duchowe Polaków. Papież mówił o kulturze jako o duszy narodu. Nie można jej zniszczyć, bo zawsze się odrodzi, ona jest nieustającą wiosną i nadzieją Polaków. Pełne przekonania i żarliwości papieskie słowa wskazywały na jego własną duchową formację wyniesioną z polskiej historii, chrześcijańskiej tradycji, polskich szkół i uniwersytetów. Jak sam powiedział, teraz pragnie spłacić dług, jaki zaciągnął wobec Tego wspaniałego dziedzictwa, jakie zaczęło się od Bogurodzicy. Obecnie też przekazywał to dziedzictwo w opiekę młodego pokolenia.

Do Częstochowy jechaliśmy nocą rozpamiętując papieskie słowa z Gniezna. Poznałem dyrektora Prasy Polonijnej w Ameryce Południowej Aleksandra Rawę-Jasińskiego. Był pod wrażeniem przeżyć z Warszawy. Mówił, że jako dziecko był świadkiem pogrzebu Piłsudskiego. Zgromadziło się wówczas w kondukcie i na ulicach Warszawy około półtora miliona ludzi. A wczoraj — mówił — te tłumy były nie do ogarnięcia, „płakałem, widząc tylu Polaków próbujących dopchać się na plac Zwycięstwa”.

Częstochowa

W poniedziałek Zielonych Świąt Ojciec Święty przybył do jasnogórskiego sanktuarium. Lądowisko helikoptera Papieża usytuowano na placu za katedrą św. Rodziny. Przejazd ulicami Częstochowy należał do niezapomnianych widoków. Miasto zostało udekorowane „od stóp do głów”, przez całą trasę drogę pokrywały wiązanki kwiatów. Główna ulica miasta — aleja Najświętszej Marii Panny jak okiem sięgnąć falowała kolorowym tłumem powiewającym chorągiewkami.

Po wejściu na szczyt klasztoru, gdzie wzniesiono ołtarz, Ojciec Święty zwrócił się do zgromadzonych tłumów słowami: „Spełnia się wola Maryi, jestem tutaj” — na co zebrani odpowiedzieli burzą oklasków. Po krótkim przemówieniu Papież przeszedł do kaplicy Cudownego Obrazu, gdzie modlił się dłuższy czas. Następnie, po odpoczynku, wyszedł z powrotem na wały, gdzie został oficjalnie powitany przez Prymasa Polski. W czasie Mszy świętej Jan Paweł II wygłosił homilię, w której mówił o związaniu całego narodu z Matką Bożą Jasnogórską, z sanktuarium na Jasnej Górze. Mówił o szczególnej zależności i bezwzględnej ufności wyrażonych w oddaniu się narodu w niewolę Matki Bożej, w niewolę, która mówi o pełnej wolności. Na zakończenie homilii powiedział: „W dniu dzisiejszym pozwólcie, że jako następca św. Piotra zawierzę z tą samą żywą wiarą, z tą samą heroiczną nadzieją, z jaką czyniliśmy to w pamiętnym dniu 3 maja polskiego Millenium, Kościół cały Matce Chrystusa”. Po Komunii Jan Paweł II dokonał nowego aktu oddania Kościoła Matce Bożej Jasnogórskiej. Dokonał go jako Papież-pielgrzym w imieniu całego Kościoła i jako syn Kościoła w Polsce. Jako votum Ojciec święty ofiarował złotą różę, przygotowaną dla sanktuarium jasnogórskiego przez papieża Pawła VI.

Częstochowa, stolica duchowa Polski, gościła Jana Pawła II niezwykle serdecznie. Tu przybyły w ciągu trzech dni ponad 2 miliony rodaków, by spotkać się z Rzymskim Pielgrzymem. Najpierw Jasnogórska Pani odwiedzała polskie diecezje, a teraz odbywała się wielka rewizyta wiernych, nawiedzenie Matki przez jej dzieci. Tu też odbyło się najwięcej rozmaitych spotkań, łącznie z konferencją Episkopatu Polski, w której wziął udział Papież. Na uwagę zasługuje spotkanie Ojca Świętego z wiernymi Górnego Śląska i Zagłębia. Tak wielkich rzesz wiernych, które tego popołudnia zapełniły jasnogórskie zbocze, nie oglądała jeszcze Częstochowa. Sami ojcowie paulini uważali, że takich tłumów nie było nawet w pamiętnym dniu 3 maja 1966 roku, kiedy obchodzono Milenium. Rozśpiewany i rozmodlony Śląsk radował serce Ojca Świętego, który nie mógł ukryć swojego wzruszenia.

Następnego dnia załatwiałem sprawy druku gazety w cenzurze i miałem „przedziwną” rozmowę, którą potem zanotowałem. Zaczęło się od tego, że wymieniłem kilka liczb wiernych, którzy dotąd spotkali się z Papieżem. Między innymi wspomniałem o Warszawie (2,5 min), Gnieźnie (1 min), Częstochowie (2,5 min). Spotkało się to z tak żywiołową reakcją przeczącą, aż mnie zdziwiło. Nawet połowy z tego nie było — odparł mój rozmówca. Zaczął też przytaczać jakieś świeże cyfry ze swoich biuletynów. Wynikało z nich, że specjalne dostawy żywności do miejsc spotkań z Papieżem nie zostały wykupione nawet w połowie! Cóż miałem odpowiedzieć. To trzeba było widzieć, te koczujące tłumy na błoniach w Gębarzowie czy na Jasnej Górze, które całymi rodzinami siedziały na trawie, mając ze sobą zaopatrzenie na kilka dni biesiadowania. Kto by ufał jakimkolwiek stołówkom w tym czasie, kto by liczył na państwowe dostawy? Ale urzędnik ów nie dawał za wygraną, zaatakował z innej strony mówiąc: „ale z Papieża to aktor, efekciarz. Jak potrafił przerywać przemówienia, żeby mu klaskano. Wystarczyło, że rozległy się pojedyncze oklaski, ktoś coś zawołał czy zaśpiewał, on już przestawał przemawiać”. Znowu tłumaczyłem, skąd to złudzenie. Przecież place spotkań z Papieżem były zradiofonizowane, ale niestety, nie było mikrofonów w tłumie. W radio czy telewizji nie można było usłyszeć wszystkich owacji i oklasków. Papież zaś doskonale je widział i słyszał. Pamiętamy takie momenty w telewizji, kiedy Ojciec Święty wyciągał ręce, pozdrawiał, błogosławił, radował się, ale na fonii było głucho, jakby nic się nie działo wokoło. Tylko ta pełna ognia i radości papieska twarz.

Nasza rozmowa jeszcze na tym się nie skończyła. Rozmówca zaczął jeszcze inny temat. Powiedział: „przyzna pan, że społeczeństwo mamy na wysokim poziomie. Żadnych awantur, nikogo nie zadeptano, nie pobito... 35 lat wychowania socjalistycznego przyniosło pozytywne efekty. Tego się nie da ukryć”.

Dałem za wygraną. Z tym wychowaniem to miał rację. Przecież ludzie nie przyszli zobaczyć jedynie Papieża, ale z nim się modlić, nie zgromadziła ich jedynie ciekawość, bo z takiego powodu nie odbywa się wielokilometrowej wędrówki, ani też nie naraża na wielogodzinne stanie w słońcu. Dla dobra sprawy, jaką była gazeta, przystałem na to ostatnie stwierdzenie. Któż by nie dziękował za wychowanie, które w efekcie przynosi tak pozytywne wyniki także dla Kościoła. To trzeba docenić.

Kraków

6 czerwca, w środę wieczorem, Jan Paweł II wylądował w Krakowie, w swoim — można powiedzieć — rodzinnym mieście. Po powitaniu na Błoniach, Papież udał się do katedry Wawelskiej na spotkanie z duchowieństwem. Na trasie przejazdu tłumy krakowian wiwatowały non stop na cześć swojego byłego metropolity, wyniesionego do najwyższej godności w Kościele katolickim. O godz. 21.15 zagrzmiał dzwon Zygmunta na powitanie dostojnego gospodarza i już gościa. Po tym spotkaniu Ojciec Święty udał się do swojej dawnej rezydencji arcybiskupiej na ul. Franciszkańskiej. Nie pozwolono mu jednak na odpoczynek. Zebrane przed domem tłumy domagały się oklaskami i śpiewem, aby Papież wyszedł do okna. I tak było później dzień w dzień do późnych godzin nocnych.

Czwartek był niezwykle pracowitym dniem dla Papieża. Program pielgrzymki przewidywał odwiedzenie Kalwarii Zebrzydowskiej, Wadowic i Oświęcimia, zaś w piątek Nowego Targu. Zanim jednak Papież udał się na swój szlak, musiał w Krakowie ciężko się napracować, aby zadowolić swoich dawnych diecezjan. Wśród wielu różnych spotkań, jedno było niezwykle sympatyczne, na Skałce z młodzieżą. W czasie nabożeństwa Słowa Bożego Ojciec Święty zrezygnował z wcześniej przygotowanej homilii, dzieląc się z zebranymi doświadczeniami z własnej pracy w duszpasterstwie akademickim. Przemówienie Papieża przerywano spontanicznie oklaskami i śpiewem.

Jan Paweł II powiedział między innymi: „Jesteście przyszłością świata, narodu, Kościoła. «Od was zależy jutrzejszy dzień». Przyjmijcie w duchu odpowiedzialności prostą prawdę, jaką zawierają w sobie słowa tej młodzieżowej piosenki. I nieraz proście Chrystusa przez Jego Matkę, abyście sprostali. Wy macie przenieść ku przyszłości to całe olbrzymie doświadczenie dziejów, któremu na imię Polska. Jest to doświadczenie trudne. Chyba jedno z trudniejszych w świecie, w Europie, w Kościele. Tego trudu się nie lękajcie. Lękajcie się tylko lekkomyślności i małoduszności. Z tego trudnego doświadczenia, które nosi nazwę Polska, można wydobyć lepszą przyszłość, ale tylko pod warunkiem uczciwości, trzeźwości, wiary, wolności ducha i siły przekonań”.

Kalwaria Zebrzydowska

W czwartek 7 czerwca Ojciec Święty przybył w godzinach rannych do sanktuarium maryjnego w Kalwarii Zebrzydowskiej, miejsca szczególnie bliskiego Jego sercu, gdzie wiele razy pielgrzymował jako metropolita krakowski. Powitano Jan Paweł II po modlitwie przed Cudownym Obrazem w kaplicy Matki Boskiej przeszedł krużgankami klasztornymi na podium, przy którym pełnili wartę górale oraz górnicy a także jedenastu mężczyzn, którzy w dorocznych misteriach grają rolę apostołów. Podczas Mszy świętej w kazaniu Jan Paweł II powiedział: „Nie wiem po prostu, jak dziękować Bożej Opatrzności za to, że dane mi jest jeszcze raz nawiedzie to miejsce. Kalwaria Zebrzydowska: sanktuarium Matki Bożej — i dróżki. Nawiedzałem je wiele razy, począwszy od mych lat chłopięcych i młodzieńczych. Nawiedzałem je jako kapłan. Szczególnie często nawiedzałem sanktuarium kalwaryjskie jako arcybiskup krakowski i kardynał…”.

Papież wypowiedział o tym miejscu to wszystko, co czuł, co miał głęboko ukryte w swoim sercu. Iluż pielgrzymów przeżywało w Kalwarii Zebrzydowskiej podobne chwile. Tu na dróżkach wychowały się duchowo niezliczone rzesze wiernych, przychodzących całymi kompaniami, ze swoimi „przewodnikami”, z własnym „programem” modlitw i pieśni. Sam jestem jednym z takich pielgrzymów. Już nie pamiętam, kiedy przybyłem tutaj po raz pierwszy, ale wiem, że moja mała ręka ginęła wówczas całkowicie w ojcowskiej dłoni. Ojciec był dla mnie pierwszym duchowym przewodnikiem po Kalwarii. Dziwna rzecz. Teraz, kiedy go nie ma, mógłbym wskazać ślady jego kolan na wielu miejscach tego niezwykłego sanktuarium. Nie dziwię się także, dlaczego ojciec w ostatnich latach swego życia przyjeżdżał tu tak często. Kalwaria kryje w sobie coś tajemniczego, przyciąga naturalnym pięknem polskich Beskidów, ale nade wszystko opowiada plastycznie o historii Syna Bożego i Jego Matki. Dróżki kalwaryjskie są jakby skarbem wysłuchanych modlitw ludu Bożego, są niezgłębionymi krynicami łask; w nich wyraża się wszystko, co składa się na nasze codzienne „dróżki” przez życie, co można za pośrednictwem Syna i Matki odnowić, przemodlić, zobaczyć w innym świetle.

Wadowice

Trasa z Kalwarii do Wadowic jest bardzo piękna. Po lewej stronie Ojciec Święty mógł jeszcze raz podziwiać wzgórza Beskidu Średniego, po prawej — malowniczą szachownicę pól, wsi i małych miasteczek, które należały do jego rodzinnych stron. Miasto Wadowice przystroiło się odświętnie na powitanie swojego dawnego mieszkańca. Przede wszystkim pięknie odnowiono Kościół na rynku, w którym Papież został ochrzczony. Tu postawiono trybunę, ku której podjechał po opuszczeniu śmigłowca. Wielu z mieszkańców miało łzy w oczach. W końcu, od pół roku niczym innym tutaj się nie żyło, nikt tak często nie był na ustach jak właśnie On, ich syn, brat, sąsiad. Zdawali sobie sprawę z wielkiego wyróżnienia, jakie ich spotkało, dlatego przygotowali tę uroczystość niezwykle starannie. Całe ulice zaścielały kwiaty, okna niemal wszystkich domów przystrojono flagami, portretami Papieża, symbolami papieskimi. Papież, bardzo wzruszony a równocześnie uśmiechnięty, serdeczny, rozpoczął przemówienie od wspomnień mówiąc m.in.: „Z wielkim wzruszeniem przybywam dzisiaj do miasta, w którym się urodziłem — do parafii, w której zostałem ochrzczony i przyjęty do wspólnoty Kościoła — do środowiska, z którym związałem się przez osiemnaście lat mojego życia, od urodzenia do matury”.

Wiele serdecznych słów skierował Ojciec św. do ks. prałata Edwarda Zachera, który był katechetą Papieża, później wyprawiał mu prymicje kapłańskie, potem biskupie, arcybiskupie i kardynalskie — a teraz, jakby mu tego było za mało — prymicje papieskie.

Oświęcim

Uroczystości rozpoczęły się po godzinie 15 na terenie obozu w Oświęcimiu, a dokładnie w celi śmierci o. Maksymiliana Kolbego, gdzie Papież modlił się i złożył kwiaty. Z celi śmierci o. Kolbego Ojciec Święty przeszedł pod ścianę śmierci przed blokiem 11, gdzie modlił się dłuższą chwilę. Później Papież przeleciał helikopterem do obozu w Brzezince, gdzie powitał go ogromny, ponad milionowy tłum. W połowie drogi między bramą śmierci a pomnikiem męczeńskiej śmierci narodów ustawiono wysoki ołtarz, przy którym Ojciec Święty koncelebrował Mszę świętą wspólnie z 200 księżmi, byłymi więźniami obozów koncentracyjnych. Na ławkach przed ołtarzem usiedli byli więźniowie Oświęcimia.

Msza święta na tym miejscu wyglądała zupełnie inaczej, aniżeli to było gdzie indziej. Ojciec Święty był niezwykle skupiony na modlitwie, przybity grozą wydarzeń, które rozegrały się tutaj podczas wojny. Ten gigantyczny grób nieznanego żołnierza, ta golgota naszych czasów — jak nazwał Papież to miejsce — nie jest do zwiedzania. Tu należy klękać, pomyśleć z lękiem o tym, gdzie leżą granice nienawiści, granice zniszczenia człowieka przez człowieka.

Zupełnie inna atmosfera tego miejsca udzieliła się wszystkim przybyłym. Tu nie można było wiwatować na cześć Papieża, choć i to czyniono dyskretnie wymachując rękami i oklaskując przemówienie Ojca Świętego, głównie jednak modlitewna postawa Papieża udzieliła się wszystkim. To spotkanie było swego rodzaju rekolekcjami o ludzkiej odwadze wobec okrucieństwa, o patriotyzmie i bohaterstwie w obliczu zagłady takich wartości jak ojczyzna, naród, godność ludzka...

Pamiętam dokładnie przemówienie w Oświęcimiu. Przed ołtarzem znajdowała się akurat rampa kolejowa. Znałem jej historię. Siedziałem w kucki na szynie; tuż za mną kilka rzędów zajmowali ludzie w pasiakach. Jeszcze nigdy w życiu nie słyszałem tyle ludzkiego płaczu, jak właśnie wówczas. Byli więźniowie słuchając Papieża szlochali pełnym głosem. On ich bronił, on mówił o ich ofierze, o wartości cierpienia, z którego wyrosła ludzka dojrzałość.

Nowy Targ

Piątek 8 czerwca, był dla Podhalan niezapomnianym dniem w życiu. Mówiono, że to były prymicje papieskie na Podhalu. Górale często modlili się razem z kard. Wojtyłą za Ojca Świętego, w tym dniu mogli się modlić z Ojcem Świętym.

Świat góralski — można powiedzieć — stawił się w komplecie na spotkanie z Papieżem. Na lotnisku pod Nowym Targiem zebrały się ogromne rzesze ludzi, że zdawało się — górale chcą pobić frekwencję wszystkich pozostałych uroczystości. Podobnie też głęboko wzięli sobie do serca sprawę przystrojenia domów i dróg. Tylu girland kwiatów, wstążek, zdjęć Papieża nie oglądałem nigdzie. Jedynie trasa z Krakowa przez Olkusz do Bolesławia była tak bogato umajona.

Ołtarz wybudowano w kształcie góralskiej koliby, tak, aby Papież mógł mieć przed oczami Tatry.  Przed ołtarzem ustawiono figurę Matki Bożej Ludźmierskiej. Chóry i kapele góralskie, niezliczona liczba górali w pełnej gali, morze głów ludzkich.

Papież przywitał wszystkich przybyłych pielgrzymów, także tych zza południowej granicy — jak powiedział. Witał z humorem, po góralsku, swoich dawnych diecezjan, jak i przybyłych z całego świata ceprów: „co siek dzisiok na górali nazdali”. Po Mszy świętej Papież pobłogosławił księgi Pisma św., przyniesione przez przedstawicieli ruchu odnowy Kościoła oraz poświęcił kamienie węgielne pod budujące się kościoły w diecezji krakowskiej i tarnowskiej.

Po uroczystości helikopter z Papieżem zamiast w kierunku Krakowa, poleciał w stronę Zakopanego, nad Morskie Oko. Ojciec Święty chciał pożegnać się także ze szczytami gór, po których tylokrotnie wędrował z plecakiem na ramionach. W kilka chwil później zaczął padać deszcz — co zostało skomentowane przez górali jako opłakiwanie przez góry rozstania z Papieżem.

Krakowskie Błonia

Ósmy i ostatni dzień papieskiej pielgrzymki po Polsce jako ostatni akt wielkiego misterium spotkania, dokonał się na Krakowskich Błoniach. Kiedy Papież wjechał w tłum między sektorami, rozległy się dźwięki hejnału z wieży mariackiej. Samochód z Papieżem unosił się ponad głowami tłumu, falował na oceanie głów, kołysał się niby łódź Piotrowa, znikał sprzed oczu, by znowu wypłynąć w innym miejscu. Setki tysięcy wyciągniętych w górę rąk, drugie tyle chorągiewek i proporczyków powiewających na cześć Ojca Świętego, niemilknące oklaski i owacje towarzyszyły temu powitaniu. Cały Kraków, archidiecezja, a także pielgrzymi z wielu stron kraju przybyli na to spotkanie. Papież kilkakrotnie objeżdżał Błonia, krążył wśród tłumów jakby sam chciał nacieszyć się tym widokiem. Twarze ludzi wyrażały wewnętrzne uniesienie i radość, głębokie wzruszenie.

Wyszedłszy na ołtarzowe podium Papież kilkakrotnie obszedł je wokoło witając tłumy podniesieniem rąk i błogosławieństwem. Msza święta była uroczystością ku czci 900-lecia śmierci św. Stanisława. Wszyscy zebrani na Błoniach zdawali sobie sprawę z niezwykłości sytuacji, jaka wydarzyła się w kościele Chrystusowym. Oto po dwudziestu wiekach obecności w świecie, po dziesięciu wiekach pomyślnego rozwoju w Polsce, na Stolicy Piotrowej zasiadł Syn ziemi polskiej. I oto mieli Go przed sobą. Przywiodła go do kraju nie tylko okazja wielkiego jubileuszu, ale z pewnością także tęsknota za swoją starą ojczyzną. To można było wyczuć, tego nie starał się Ojciec Święty ukrywać. Jak drogie Mu jest dziedzictwo własnej ojczyzny w łonie Kościoła Chrystusowego, jak głęboką troską jest przejęty o dalszy pomyślny rozwój kraju i Polaków dał wyraz w homilii mszalnej, kiedy ze wzruszeniem na twarzy zaklinał zebranych słowami: „Pozwólcie więc — zanim stąd odejdę — prosić Was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię Polska raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością — taką, jaką zaszczepia w nas Chrystus na Chrzcie świętym; abyście nigdy nie zwątpili i nie znużyli się i nie zniechęcili, abyście sami nie podcinali tych korzeni, z których wyrastamy. Proszę was, abyście mieli ufność nawet wbrew każdej swojej słabości, abyście zawsze szukali duchowej mocy u Tego, u którego tyle pokoleń ojców naszych i matek ją znajdowało, abyście od Niego nigdy nie odstąpili...”.

To był niejako testament odjeżdżającego Papieża, który żegnał się, nie wiedząc, czy będzie mógł jeszcze kiedyś przeżyć podobne dni. Jego drugą ojczyzną stał się Rzym, Watykan, jego miejsce jest teraz tam, w samym centrum chrześcijaństwa, ale swoimi słowami Ojciec Święty dał każdemu odczuć, że jego serce jest podzielone, nie rozdarte, ale bijące tak samo dla dwu ojczyzn.

Po Mszy świętej Papież wrócił do swojej rezydencji, gdzie po krótkim odpoczynku spotkał się z dziennikarzami towarzyszącymi mu w podróży po Polsce. Dziękując za trudną pracę powiedział między innymi: „Jedną jeszcze myśl kieruję specjalnie do Państwa, zawodowych pracowników prasy, fotografii, radia, telewizji i kina. W miarę jak obserwuję pracę Państwa, coraz bardziej uderza mnie szlachetność zadania, jakie zostało wam powierzone z racji powołania i wykonywanego zawodu. (…) Ideałem, któremu poświęcają Państwo życie, jest służba prawdzie. O ile są Państwo wierni temu ideałowi, zasługują na szacunek i wdzięczność wszystkich. Stosując to we własnym życiu zobaczą Państwo, że ta zasada łagodzi cierpienie i dodaje odwagi we wszystkich niemal próbach i doświadczeniach życiowych”. Wśród kilkuset dziennikarzy było wielu takich, którzy powinni mocno się zarumienić po tych słowach. A może już dawno przestali się rumienić.

Jeszcze pozostały Balice i długie dni refleksji, myślenia o tym nowym dziedzictwie w historii chrześcijaństwa w Polsce. Jedno jest pewne, to pierwsze spotkanie Papieża z własnym narodem, w dniach 2-10 czerwca 1979 r., było dosłownie porażające dla władzy i odradzające dla całego niemal społeczeństwa. Dopiero teraz ludzie zdali sobie sprawę z wielkiego wyróżnienia, jakie spotkało Polskę, dzięki temu wyborowi. Nie pomogły więc czynione przez władze trudności komunikacyjne dla pragnących spotkać się z Ojcem Świętym. Na nic zdały się inne ostrzeżenia. Na Mszę świętą na Placu Zwycięstwa w Warszawie wydano 230 tys. kart wstępu, wcisnęło się 300 tys., a 750 tys. wypełniło przyległe ulice. Kiedy rozległo się to wielkie wołanie: „Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”, czyli Polski, każdy poczuł w sobie jakiś dreszcz. Nie uświadamiając sobie tego do końca, miliony ludzi odczuło, że rozpoczyna się drugi chrzest Polski, a w wymiarze politycznym – schyłek komunizmu.

Dobrze zrozumiał ten nowy powiew historii nowo mianowany sekretarzem stanu kard. Agostino Casaroli. Oto nowy Papież przekreślał całą dotychczasową, ostrożnie prowadzoną, politykę wschodnią Watykanu. Teraz już Stolica Apostolska nie tyle będzie dążyła do zmniejszenia napięcia pomiędzy Kościołem a reżimami komunistycznymi, ale zapragnie walczyć o wolność poszczególnych Kościołów krajowych, a także zostać arbitrem w sprawach międzynarodowych. Właśnie słowa domagające się uznania praw człowieka i poszanowania wartości duchowych, jakie padły na Placu Zwycięstwa, świadczyły o tym, że Kościół widzi siebie w nowej roli. Ta pielgrzymka już wówczas przez wielu ekspertów była widziana jako początek końca komunizmu.

Papieża widziało 13 milionów Polaków, a więc co trzeci mieszkaniec na własne oczy mógł się przekonać, że bierze udział w czymś tak niezwykłym, iż mogło mu się wydawać, że śni. Zapadły każdemu głęboko w serce papieskie słowa wielkiej nadziei: „Nigdy nie wątpcie, nie czujcie się znużeni i zniechęceni w walce o sprawiedliwość, respektowanie praw i głosu każdego obywatela oraz każdego narodu”. Ten apel spotkał się z odzewem. 448 dni po wyjeździe Jana Pawła II doszło do powstania związku zawodowego „Solidarność”. Rozpoczęła się rewolucja moralna, która przygotowała późniejsze wyzwolenie polityczne i społeczne. Nie byłaby ona możliwa bez tego Rzymskiego Pielgrzyma i „papieskiego lata” w Polsce.

Dzisiaj na nowo potrzeba nam tamtej papieskiej modlitwy. Nasza ziemia nadal potrzebuje odnowy. Jest pokolenie JP2, ale też istnieje obawa, że za jakiś czas dla wielu to wyrażenie pozostanie pustym hasłem. Dlatego wspomnieniom sprzed 30 lat należy nadać rangę żywego symbolu, mówić i pisać o tym tak, jakby to wydarzyło się wczoraj.

Czesław Ryszka